Lubiąż. Koniecznie!
Macie takie miejsca, które bardzo chcielibyście odwiedzić, ale nigdy nie leżą na Waszej drodze? Dla mnie jednym z takich miejsc było opactwo cystersów w Lubiążu. Było, bo wreszcie do niego dojechałem. Z takimi miejscami mam zawsze takie same wątpliwości. Czy jak wreszcie dotrę, to mnie zachwycą (spodobają się) czy rozczarują (poczuję zawód). Jak to wypadło po wizycie w Lubiążu? Już piszę
i pokazuję.

Najpierw trochę poczytałem o tym miejscu. "Największe opactwo cystersów na świecie". "Drugi co do wielkości zespół sakralny". "Perła śląskiego baroku". "Kompletna ruina" ... No i obejrzałem setki zdjęć. Tych współczesnych i tych z dawnych lat. Najlepiej samemu ocenić
i zrobić swoje zdjęcia. Pojechałem.
Już od strony parkingu (sporego) zabudowania zrobiły na mnie mocne wrażenie wielkością i "stanem faktycznym", czyli wołaniem
o renowację. Ale wystarczyło spojrzenie na to, co już zrobione i od razu zrobiło się lepiej. Odnowiona fasada, no może tylko część, daje pogląd na to jak opactwo wyglądało w czasach swojej świetności.


Zwiedzanie oczywiście z przewodnikiem. Za bilety płacimy tylko gotówką. Trzeba wiedzieć. Warto sprawdzić czy w wybranym przez nas dniu zobaczymy wszystko, czy może nawet coś więcej (np. bibliotekę, która nie jest w standardzie zwiedzania).
Zaczyna się od Pałacu Opata.


Pięknie odrestaurowany Refektarz i nieco przeraźliwie pusty. No ale jakiż miałby być, skoro kres istnienia klasztoru przypada na rok 1810 - sekularyzacja opactwa na mocy rozporządzenia królewskiego. Władca Prus miał inne plany dla zabudowań opactwa. Jakie? Zerknijcie choćby na stronę https://fundacjalubiaz.org.pl/historia/ Fundacji Lubiąż, której podstawowym zadaniem jest ratowanie i przywracanie do dawnej świetności wszystkich obiektów pocysterskiego opactwa.
Poczynając od tej sali warto włączyć wyobraźnię, by sobie uzmysłowić piękno (no chyba, że ktoś nie znosi baroku) budowli i ich wnętrz w czasach rozkwitu i świetności tego miejsca. Niektóre sale, miejsca znakomicie to ułatwiają.
O ile refektarz, od którego zaczyna się zwiedzanie, robi spore wrażenie, to Sala Książęca wprost zachwyca. Mnie zachwyciła może też trochę przez ulubienie dla tej sztuki. Chyba nawet Ci, dla których barok jest nie do zniesienia, uznają jej okazałe piękno.


Nie mam racji? No mam. Nie zaprzeczajcie proszę. Sala jest ogromna, ale nie to decyduje o jej pięknie. Malowidła, rzeźby, detale architektoniczne ... Mnie aż zamurowało po wejściu.
Oczywiście postaci uwiecznione w rzeźbach to osobistości z rodu Habsburgów, wspierających zakon. Sponsor/darczyńca ma swoje prawa.



Szczególnie atrakcyjnie wygląda cesarz Leopold, który pokonał Turków (popatrzcie uważnie na rzeźby) pod Wiedniem. Nie on pokonał? To Jan III Sobieski pokonał? Widocznie ani cesarz o tym nie wiedział, ani Mangoldt, który rzeźby wykonał.
Jakby nie było, to sala może spokojnie budzić uznanie i być naszym powodem do dumy. Nie tylko ze względu na bogactwo, ale przede wszystkim na prace, jakie wykonali konserwatorzy i determinację, którą się wykazały osoby, dążące do przywrócenia Lubiążowi dawnego blasku.
Po takiej sali nabrałem apetytu na kolejną, spodziewając się czegoś równie okazałego. Jakbym zapomniał, że opactwo to jednak ciągle jeszcze budowle do restauracji, a nie nietknięte historią pałace Francji, Austrii czy innych zachodnich państw.
Nieco moje oczekiwania ostudził spacer klasztornymi korytarzami.


Ale już kolejne wnętrze ... Letni Refektarz.


Wiem, wiem. Pusto. Ale to bez większego znaczenia, dlatego że, jak to dzisiaj niektórzy cudacznie mawiają, "całą robotę robią" malowidła. Pełna paleta barokowych sztuczek malarskich. Do tego tematyka i kolor. Tego mi trzeba było. Już tu wiedziałem, że wyjazd do opactwa był strzałem w dziesiątkę i odwlekanie go było poniekąd grzechem zaniedbania dla duszy. Zbyt patetycznie? No może i tak.
Od zadzierania głowy, by popatrzeć w sufit i podziwiać malowidło plafonowe wykonanego przez Schefflera, aż kark bolał. Ale nic to!
Na szczęście pani przewodniczka nie poganiała. Pozwalała nie tylko spokojnie oglądać, ale i robić dowolną ilość zdjęć. Bez dodatkowej dopłaty do biletu.
Po nasyceniu się urokami refektarza, zacząłem się zastanawiać co jeszcze tak pozytywnie mnie zaskoczy. Pojawiła się też obawa, że wszystko co piękne w tym opactwie już widziałem. Ciekawość kolejnych miejsc na trasie zwiedzania rosła. Tym bardziej, że przez dziedziniec klasztoru przechodziliśmy do kościoła.

Nie od razu Lubiąż odrestaurowano. To pierwsza myśl po wejściu do Kościoła Najświętszej Marii Panny. Takie pocieszenie i nadzieja, że jeszcze kiedyś będzie przepięknie. Tak jak było w czasie świetności opactwa.


Po tamtych salach taka pustka aż zabolała. Ale chwila na głęboki oddech, włączamy wyobraźnię i od razu jest lepiej. Lekko poprawiają nastrój kopie ogromnych malowideł Michała Willmanna. Swoją drogą, takie połączenie gotyckiej budowli z barokowymi dekoracjami, wcale nie razi. Tym bardziej, że tego barku, póki co, jest tyle, co kot napłakał.
Przewodniczka spokojnie opowiada o losach kościoła, o wywiezionych z niego skarbach, o pochowanych tam Piastach śląskich, ale i tak cisza w tym miejscu jest przejmująca.



Ze swego rodzaju posmutnienia wyciąga odwiedzających gotycka w formie Kaplica Książęca. Sklepienie ozdabiają freski przedstawiające m.in. śląskie orły. Polichromia już barokowa. Da się? No jak widać. Jakież to ułatwienie dla wyobraźni - za kilkanaście lat tak będzie w każdym miejscu. Mam nadzieję. Ogromną.



A później znów smutnymi korytarzami klasztornymi poszliśmy do biblioteki. Udało się uprosić panią przewodnik i po chwili oczekiwania (pewnie poszła po klucze i zgodę na wejście) znaleźliśmy się w miejscu, które jest dość szczególne. Dlaczego? Popatrzcie.


Opłakany stan zdecydowanej większości malowideł naściennych, tymczasowa podłoga i jednocześnie pokaz tego ile już udało się odrestaurować. Zapowiedź, jak to będzie wspaniale wyglądało. O ile znajdą się odpowiednie fundusze w najbliższym czasie. Poza wszystkim innym, mnie najbardziej zawsze cieszą takie barokowe sztuczki malarskie, jak te z globusem i sferycznym astrolabium. Z oddali widać, że wiszą we wnękach uczepione sufitu. Podchodzisz ... a one są tylko sprytnie namalowane. Złudzenie optyczne - tak, by widz miał problem z odróżnieniem płaskiego obrazu od trójwymiarowej rzeczywistości. Jak ja to lubię.



No i tu pustka pomieszczenia boli chyba najbardziej, bo to przecież biblioteka. Kiedyś odwiedziłem bibliotekę w opactwie w Melku. Ten obraz do mnie powrócił w Lubiążu. No cóż. Historii nie da się cofać. I tylko żartobliwe (?) ... "komu to przeszkadzało?" Nie ma co marudzić drodzy malkontenci. Nie wpadamy w zachwyt drodzy entuzjaści. Uruchamiamy wyobraźnię i widzimy pięknie odmalowane wnętrze z szafami wypełnionymi książkami. Tylko jakimi? To będzie ogromny problem, ale najpierw niech zakończy się restauracja tego wnętrza
Po tych krańcowo różnych emocjach, od smutku po wybuchy zachwytu, wyszedłem z budynku. Reszta zwiedzania na dworze/ na polu. Zależy skąd ktoś pochodzi.
Drzewa zasłoniły fasadę. Na zdjęciu widać tylko część. Wyobraźcie sobie, o ile nie widzieliście jeszcze, jaki to jest kolos.

No ale opactwo to nie tylko klasztor i Kościół Najświętszej Marii Panny.

Dawna kancelaria klasztorna. Dzisiaj Sklepik pod zegarem. Nie byłem w środku.

Kolumna Maryjna z figurami m.in. świętej Anny i świętej Elżbiety.

Po lewej stronie dawna stodoła, a dzisiaj Karczma cysterska. Mają tam dobre piwo.
W głębi brama prowadząca na teren Opactwa.
Są jeszcze i inne budynki, jak np. kościół św. Jakuba, wozownia ... Tylko i one czekają na pokaźny zastrzyk pieniędzy, by odzyskać dawną świetność.
Koniec zwiedzania. Dwie godziny minęły dość szybko. Wracałem do samochodu baaaardzo zadowolony. Opactwo mnie zachwyciło. No może to odrobinę przesadzona ocena, bo skala zniszczeń i ogrom prac do wykonania nie pozwalają się jeszcze zachwycać, ale odrestaurowane pomieszczenia wiele wynagradzają. Warto było przyjechać. Jeśli nie byliście jeszcze, to nie zwlekajcie jak ja. Wrócicie, gdy będzie kompletnie odrestaurowane i wtedy z całą pewnością wpadniecie w zachwyt bez ograniczeń.